Nie bój się potknąć, to znak, że w ogóle idziesz

Maj 29, 2017

Poprosiliśmy Sandrę, naszą scenarzystkę, aby opowiedziała Wam o swoich początkach w projektowaniu rozwiązań e-learnigowych. Ponieważ najłatwiej uczyć się na błędach innych to zapraszamy do nauki:)

 

Lubię pisać i mam głowę pełną pomysłów. W przeszłości udawało mi się na swojej pasji zarobić. Dlaczego więc nie zająć się tym na poważnie? Ot, chociażby zabierając się za pisanie scenariuszy do szkoleń i animacji. W końcu pisanie, to nie ciężka praca tylko coś w rodzaju zabawy (słowem i pomysłem). Poza tym pasja nie może zamienić się w obowiązek. Co może pójść nie tak?

Okazuje się, że całkiem sporo...

Na samym początku przyszło mi skonfrontować oczekiwania z rzeczywistością. Myśląc o e-learningu miałam nieco mylne wyobrażenia na jego temat. Chociaż akurat to mogę zwalić na karb systemu edukacji jaki mnie ukształtował (ach, te e-learningi na studiach). Kiedy przekonałam się już o prawdziwych możliwościach e-learningu i doszkoliłam się w zakresie nauczania dorosłych pojawił się kolejny problem. Bo wszystko ładnie-pięknie, ale jak ja mam właściwie napisać dobry scenariusz?

Internet pełen jest mądrych rad i wskazówek dla początkujących twórców szkoleń e-learningowych. Czy warto się z nimi wszystkimi zapoznawać? W pewnej chwili doszłam do wniosku, że informacji w sieci jest po prostu zbyt wiele, żeby szukać na chybił trafił. Zresztą większość z nich i tak jest ogólnikowa. Nowicjusz potrzebuje, żeby ktoś łopatologicznie wytłumaczył mu pewne niepisane zasady i podzielił się doświadczeniem. Bez ogólnych porad, tylko ze szczegółowymi wytycznymi! Czas na szaleństwa i eksperymenty twórcze przyjdzie po wyszlifowaniu warsztatu! Dlatego pierwsze problemy, przed którymi stanęłam wyglądały mniej więcej tak:

Na początku pracy brakowało mi pomocy w zrozumieniu klienta (zwłaszcza, że nie miałam z nim bezpośredniego kontaktu). Jakie pytania muszę mu zadać, żeby stworzyć dobre szkolenie i kiedy mogę zasugerować mu, że jego pomysły niekoniecznie są dobre? W jaki sposób w ogóle rozmawiać z klientem?

Ciężko było mi na początku zrozumieć, jakie konsekwencje niesie ze sobą nieprzemyślany scenariusz. Dopiero po skończeniu kilku pierwszych projektów zrozumiałam, ile dodatkowej pracy czeka grafików i programistów próbujących domyślić się, o co mogło mi chodzić.

Jak zwykle okazało się, że nie wszystko złoto, co się świeci. Projekty, które miały być szybkie i proste przeciągały się o kolejne dni. Wszystko dlatego, że nie zdawałam sobie sprawy jakie możliwości mają moi współpracownicy i programy, z których korzystają. Rzeczy, które na papierze wyglądały dobrze po prostu nie sprawdzały się w praktyce. Ale ponieważ klient projekt zaakceptował, trzeba było wprowadzić wszystkie „genialne” pomysły w życie…

Tworząc swoje pierwsze szkolenia przekonałam się, jak subtelna potrafi być różnica między szkoleniem, które można jeszcze nazwać prostym, a tym które dopiero przekroczyło próg średniozaawansowanego. Musiałam też nauczyć się, jakie pomysły są wystarczająco efektowne, ale też uzasadnione ekonomicznie dla danego projektu.

Czym innym jest pomysł na artykuł, recenzję, czy opowiadanie, a czym innym na ciekawe i skuteczne szkolenie (do tego za każdym razem z innej tematyki). Przy szukaniu pomysłów na realizację nowych projektów nie ma nic lepszego niż burza mózgów z zespołem.

Programistom i grafikom wydaje się czasami, że skoro mają w zespole scenarzystę, to nie muszą już zwracać uwagi na treści szkolenia. No cóż – muszą. I warto im o tym przypominać, bo im więcej osób sprawdzi szkolenie przed wysłaniem go do klienta, tym mniejsza jest szansa na pojawienie się błędu. Część niedociągnięć wynika zresztą ze zmiany koncepcji graficznej na etapie produkcyjnym bądź pomyłkach przy przeklejaniu treści.

Ciekawie robi się również wtedy, kiedy jedno z tych trzech ogniw (scenarzysta, grafik, programista) wprowadza zmiany do szkolenia nie informując o tym pozostałych i nie pozostawiając śladu w dokumentacji dostępnej dla wszystkich (np. kiedy jest dużo pracy i zostawiamy to sobie na później, ale w końcu o tym zapominamy). Niby takie podstawowe zasady, ale warto o nich przypominać.

Po kilku przepracowanych miesiącach wiem jedno – doświadczenie przychodzi dopiero z czasem, a setki przeczytanych artykułów nie są w stanie go zastąpić. Dużo lepsze niż próba zdobycia wiedzy z kolejnych blogów i kanałów na YouTube jest posiadanie osoby, która zapozna nas z elementarnymi zasadami tworzenia dobrych szkoleń. Równie ważna jest komunikacja z zespołem. To niby ja mam moc sprawczą i wymyślam, co inni mają narysować i zaprogramować, ale przecież nie jestem nieomylna. Nie zawsze moje pomysły muszą być najlepszym rozwiązaniem, więc konstruktywna krytyka jest jak najbardziej wskazana.

Popełniam błędy i jeszcze przed długi czas będę je popełniała. Ale każdy z nich jest inny i każdy uczy mnie czegoś nowego. Zresztą doświadczenia chyba nie da się zdobyć w żaden inny sposób.